Spotkanie ze sztuką chrześcijańską
10 października w nowym gmachu Ostrowieckiego Browaru Kultury zaproszeni gości spotkali się w ramach Diecezjalnych Dni Kultury Chrześcijańskiej z Tomaszem Kuźniarem.
W wypełnionej po brzegi sali oddaliśmy się wrażeniom, niesionych przez twórczość niepowtarzalnego artysty: poety, malarza i rzeźbiarza, który zmaterializował swoje pomysły artystyczne w obszarze oswojonego słowa, małej formy rzeźbiarskiej i nietuzinkowego malarstwa.
Wysłuchaliśmy wierszy recytowanych przez Katarzynę Marię Zielińską – Jaworską przy dźwiękach muzyki aranżacji własnej, wykonywanej przez wszechstronnych muzyków: Szymona Pochecia i Marcina Walasa. Upojeni pięknem słowa i muzyki, zaproszeni zostaliśmy przez s. Zofię Kuskę – dyrektora Katolickiego Zespołu Edukacyjnego, moderatorkę spotkania, do obejrzenia przygotowanej przez artystę wystawy obrazów i rzeźb. W szczególny klimat wystawy zatytułowanej „Na obraz i podobieństwo” wprowadził nas Jacek Kawałek, kiedyś nauczyciel artysty, który pierwszy zaszczepił artyście miłość do sztuki. Pozwalam sobie zacytować fragmenty jego wypowiedzi.

„Straciliśmy umiejętność wsłuchiwania się. Sfery niebieskie śpiewają, lecz my słyszymy tylko siebie i hałas naszych spraw.”[1] Straciliśmy kontakt z tym, co jest i wobec czego możemy poznać własne jestem. Coraz bardziej boimy się tego, co jest poza nami. Boimy się dotknąć, aby nie od-czuć. Boimy się patrzeć, aby nie prze-widzieć. Boimy się słuchać, aby się nie wsłuchać. Boimy się myśleć, aby nie rozpoznać twarzy Innego. Hałas nieustannej gonitwy, pokrzykiwania handlarzy, którzy sprzedają samych siebie, jazgot maszyn, które za nas dotykają rzeczywistości… Stchórzyliśmy wobec konfrontacji z tym, co nas przerasta, co może stanowić jakąkolwiek miarę dla naszego istnienia. Świat, paradoksalnie, stał się dla nas tajemnicą. Tak zresztą było zawsze, lecz dzisiaj, im bardziej się nam wydaje, że odzieramy go krok po kroku z jego zagadek, ukrytych zasad nim rządzących, coraz skuteczniej tracimy z oczu to, co jest w nim najbardziej istotne. Rozbiliśmy jajko, usunęli jego zawartość, a zajmujemy się bardzo pieczołowicie analizą skorupki, badając ją na wszystkie możliwe sposoby i osiągając wspaniałe rezultaty w dziedzinie poznania drobnej, kruchej powłoczki, która chroniła istotę, odrzuconą tajemnicę. Staramy się o niej za wszelką cenę zapomnieć…
I tak;
„Więcej jest w człowieku zagadnień
Niż samego człowieka
Więcej lęku o ciało
Niż samego ciała,
Więcej adoracji rozumu
Niż samego rozumu.
Im większy postęp,
Tym większa jest rzeka pokusy,
Rzeka pytań,
Rzeka problemów,
Coraz bardziej zawiłych
I coraz bardziej nierozwiązywalnych.” [2]
Skorupka stała się murem oddzielającym człowieka od zewnętrznie, obiektywnie istniejącego świata. Czy można jednak przekroczyć to, co oddziela? Jak na nowo zadziwić się tym, co nas otacza? Zalęknienie zastąpić właśnie zadziwieniem… Wrócić w krąg tajemnicy i zanurzyć się w niej z zachwytem dziecka, które po raz pierwszy patrzy na tęczę. „ Musimy żyć naszym istnieniem, dopokąd się da, wszystko, nawet to Niesłychane, musi być w nim możliwe. Jest to w istocie ta jedyna odwaga, której się od nas żąda; być odważnym przed owym Najosobliwszym, Najdziwniejszym i Najbardziej – Niewytłumaczalnym, które może nas spotkać. Że ludzie w tej sytuacji okazali się tchórzami wyrządziło życiu niezmierną szkodę, przeżycia, które nazywano «zjawiskami», ów cały tak zwany «świat duchów», śmierć, wszystkie te tak spokrewnione z nami rzeczy, zostały przez codzienny opór tak bardzo wyparte z życia, że zmysły, którymi moglibyśmy je pojąć, zanikły. O Bogu już nie wspomnę. Wszelako strach przed niewytłumaczalnym zubożył istnienie nie tylko pojedynczej istoty, także stosunki między ludźmi zostały przezeń ograniczone, jak gdyby wydobyte zostały z łożyska nieskończonych możliwości na jałowy brzeg, na którym nic się nie dzieje”.[3]

Istnieją jednak bramy, którymi można przejść na drugą stronę ograniczającego lęku… Można wyjść poza ograniczony świat siebie samego… Wyjść poza siebie jako miarę wszystkich rzeczy. Jedną z nich jest piękno. Jest ono bramą i drogą do każdego, szczelnie zamkniętego i ostatecznie niedostępnego, jakby się mogło wydawać, człowieczego świata. Jest ono jakby uniwersalnym językiem, językiem serca, który powinien być, i jest zrozumiały, choćby po części dla każdego. Nie ma takiego człowieka, który nie dostrzeże, w sposób i w wymiarze odpowiednim dla swojej wrażliwości, choćby najmniejszych okruszyn piękna rozrzuconych tak szczodrze w otaczającym go świecie. I nie ma takiego człowieka, którego piękno nie jest w stanie w najmniejszym stopniu poruszyć, pociągnąć ku sobie, a siłą rzeczy, wyprowadzić go poza obręb jego własnego istnienia…
***
Lepiej mieć sytuację
nie – jasną
można wtedy udawać
że się nie wie
że się nie zrozumiało
to dobre alibi…
Bo jeśli przyznasz się
że wiesz
że usłyszałeś
żeś Nieogarnionego
ogarnął
w jednej chwili łaski
nie będzie odwrotu
gdy zostaniesz świadkiem
Miłości
kochać będziesz musiał
już na Jego miarę
a to boli
rozrywa
coraz bardziej serce…
Pragnę iść w głąb tajemniczego nadmiaru, którym promieniuje piękno. Jest to wewnętrzny nadmiar transcendentnej istoty piękna, nadmiar istoty jego istnienia, które trwa niezależne od nas. Nie zależy od naszego chcenia bądź nie – chcenia jego obecności. Piękno wymaga od człowieka takiej postawy, równocześnie będąc jej nauczycielem, która polega na tym, by „trwać bez ruchu i w zjednoczeniu z tym, czego się pragnie, a do czego nie można się zbliżyć… Odległość jest duszą piękna. Spojrzenie i uwaga, oto postawa odpowiadająca pięknu. Jak długo możemy pojmować, chcieć, życzyć sobie czegoś, piękno nam się nie objawia. Dlatego też w każdym pięknie jest jakaś sprzeczność, gorycz, brak, których nie sposób usunąć.”[4]
To, o czym pisała Simone Weil, znakomicie oddają słowa Igora Mitoraja, który mówił; „Piękno to ostrze obosieczne. Może mocno zranić, przynieść cierpienie i udrękę… Kiedy patrzę na antyczny posąg, czuję się tak, jakbym się unosił nad ziemią… Ale posąg nie patrzy na mnie. I to właśnie jest źródłem męki. Jest jak nieodwzajemniona miłość.”[5] My nie ogarniamy piękna, to ono ogarnia nas.
Tak blisko
siebie
dalecy
ziemią
niebem
i wodą
serca
skruszone
nam broczą
i dojść
do siebie
nie mogą
***
Tonę w pustce i ciemności
osuwam się w głębię
która coraz bardziej osacza
nie widać światła
twardy cień ciemności
nachylił się
nad moją myślą
wołam jedynie
ostatnią kroplą pragnienia
iskrą tęsknoty
w wypalonej świadomości
wołam
ku Tobie
jedyna Miłości
ulituj się
***
Jezu
łagodny i pokorny
sercem
przeglądający się z radością
w każdej kropli rosy
pochylony nad każdą
ludzką łzą
niosący na barkach
każdego zagubionego
człowieka
któregoś odnalazł
zmiłuj się na nami
Twoimi zgubami
***
Panie
nie jestem godzien
byś mieszkał
w małym
ciasnym
domku mego serca
a remontu się boję
bo to niebezpieczne
tak nagle
od zaraz
jak to masz w zwyczaju
to niebezpieczne
dla człowieka
tak nagle
być na miarę
Bogu
***
Trzeba mieć
oczy serca
szeroko otwarte
żeby zobaczyć
niebo – zstąpienie
Wcielonego Słowa
w mamie
z tysiącem siwiejących włosów
zaplecionych
w życie jej dziecka
w przyjacielu
bez nadziei
którego nadgarstek
krzyczy wielką blizną
bo życie uparte
nie chciało go opuścić
w bezdomnym
któremu został tylko
Platon
z ideą domu
– ostatnia deska ratunku
w prostytutce
która woła o miłość
a dostaje
tylko pieniądze…
Trzeba mieć
oczy serca
szeroko otwarte
by zobaczyć…
„Człowiek rozwija się jak drzewo, powoli i prawie niedostrzegalnie, ale i nieustannie. I tak jak drzewu potrzebne jest światło słońca do tego, aby ciągle mogło wzrastać, tak człowiek, by wzrastał, potrzebuje światła miłości. „Jedynie światło ciągle padające z nieba dostarcza drzewu energii, która pozwoli mu zapuścić korzenie. Drzewo – tak naprawdę zakorzenione jest w niebie.”[6] Tak i człowiek, przez miłość, dzięki której istnieje i trwa, zakorzeniony jest w wieczności. W świecie nadprzyrodzonym, w którym panuje miłość. Zakorzeniony w wieczności a nie w czasie. I tak samo w wieczności zanurzony jest cały świat. Lecz światło miłości wprowadza w życie świata niepokój. Lęk, przed śmiercią w czasie i śmiercią dla czasu. Jeżeli nie będę mierzył moich chwil, minut, godzin i dni, czy nie zginę cały? Czy cały nie przeminę?
Śmierć… Któż nie boi się śmierci? Co jest w stanie pokonać śmierć i w paradoksalny sposób, poprzez unicestwienie w czasie, zniszczenie swojej istoty dla przemijalności, przejść do życia w jego pełni. „Świat chce żyć i zmartwychwstać, zanim jeszcze umrze, natomiast miłość (…) chce umrzeć, by zmartwychwstać po drugiej stronie śmierci, w śmierci, w boskim kształcie. To zmartwychwstanie w śmierci, nie da się zawłaszczyć, wykorzystać, ani sobą wodzić przez doczesne życie uciekające przed śmiercią. Życie świat, które chce żyć, zanim umrze, nie znajduje jednak w sobie nadziei na uczynienie nieśmiertelnym tego, co doczesne.”[7] Doczesności nie możemy uczynić nieśmiertelną jedynie w ramach myślowych konstrukcji, starając się znaleźć dla niej trwałość na poziomie czysto spekulatywnym. W przestrzeni świata i doczesności ciągle możemy doznawać jedynie przemijania w czasie. Wszystko, co tworzymy, a co miało być trwałe i nieprzemijalne, prędzej czy później kruszeje i rozpada się. Bunt wobec przemijania i śmierci, gdy już ona przyjdzie, czyni ją bardziej bolesną. Jeszcze mocniej zaciskamy w dłoni zegarek, którego wskazówki przestają wskazywać cokolwiek
w momencie śmierci… Obietnica złożona przez czas okazuje się pustą… Świat chce żyć, a miłość chce śmierci by móc przekroczyć jej granicę. Nie można przejść przez to, co oddziela, nie przechodząc przez to, co oddziela. Nie można poznać tajemnicy nie wchodząc w obszar tajemnicy. Podobnie nie przekraczając granicy, którą jest śmierć dla świata, sfery przemijania i umierania, nie zanurzymy się w tym, co nie przemijalne. Tylko miłość jest siłą, która nie zna lęku wobec śmierci, którą niesie w sobie świata oderwany od istoty swego istnienia. Istoty, która nieustannie odradza w nim życie. Tylko ona jest zdolna do tego, by dać moc do trwania i przetrwania, wobec tego, co w oczach świata wydaje się być ostateczną klęską życia. Miłość wybiera klęskę, którą jest śmierć, i podobnie jak to uczyniła z czasem, przeistacza samą śmieć, składając w sercach ludzi słowo największej nadziei; „Ja (…) jestem przemianą… Widzicie śmierć, czujecie zbliżający się koniec, lecz śmierć jest życiem, a może nawet najbardziej żywotną formą życia. Jest ona głębią mojego życia, koniec jest jego początkiem, schodzenie zaś w dół jego wzlotem. Czymże jeszcze może być śmierć? Nie lękajcie się śmierci! Śmierć jest płomieniem wyzwalającej ofiary, a ofiara jest przemienieniem”.

opr. s. Zofia Kuska
[1] Hans Urs von Balthasar, Serce świata, Kraków 2003, s. 66.
[2] Roman Brandstaetter, Wniebowstąpienie, [ w:] Roman Brandstaetter, Pieśń o moim Chrystusie, Poznań 2002,
s. 149.
[3] Rainer Maria Rillke, O poezji i sztuce z pism pośmiertnych, Wrocław 1995, s. 8.
[4] Ibidem, s. 230.
[5] Igor Mitoraja, Costanzo Costantini, Blask kamienia, Kraków 2003, s. 68.
[6] Simone Weil, Pisma londyńskie, Poznań 1994, s. 18.
[7] Hans Urs von Balthasar, Wiarygodna jest tylko miłość, Kraków 1997, s. 107.
