Ekstremalna Droga Krzyżowa
Chłód nocy, ciemność, deszcz ze śniegiem, błotniste drogi, a także zmaganie się ze sobą, podjęcie wyzwania, ból, kryzys drogi oraz intencja towarzyszyły nam – 148 uczestnikom Pierwszej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej z Ostrowca Świętokrzyskiego na Święty Krzyż.
Wszystko oddaliśmy Panu podczas uroczystej Eucharystii sprawowanej w kolegiacie św. Michała Archanioła. To był Wieczernik Wielkiego Czwartku. Spokojnie i bezpiecznie z Chrystusem, który dawał siebie i umacniał. Mszy świętej, przewodniczył ks. Dziekan Jan Sarwa, koncelebrowało nas jeszcze czterech kapłanów – uczestniczących w EDK. Nadszedł wreszcie czas wzięcia Krzyża…
Drogę staraliśmy się przeżywać w milczeniu i skupieniu. Rozmowy nie były konieczne. Chcieliśmy spotkać się z Chrystusem, każdy indywidualnie. Choć szliśmy w małych grupach, to jednak każdy EDK przeżywał sam, na swój sposób. Jeden dla drugiego stawał się jedynie niemym świadkiem wiary, a łączyła nas wspólna droga, zmęczenie i cel – dotarcie na Święty Krzyż, naszą Kalwarię, z krzyżami swoich grzechów i słabości, które każdy z nas chciał złożyć szczególnie przy Dwunastej stacji. Wielu też oddało swoje grzechy Chrystusowi w sakramencie pokuty.
Początkowo nie było ciężko, było normalnie. Pierwsze pytania o sens tej drogi i pokusa rezygnacji pojawiły się po kilku kilometrach, kiedy to zaczął padać deszcz. Po północy nasz organizm zaczął domagać się snu i odpoczynku, mimo to szliśmy dalej. Mglisty poranek przyniósł ze sobą jeszcze jedną trudność – zmęczeni i niewyspani zaczęliśmy odczuwać chłód i zimno. Trasa bliska 40 kilometrów rzeczywiście okazała się być wymagająca. Pojawił się ból stóp i kolan, trzeba jednak było iść dalej.
Po godzinie 8 nad ranem dotarliśmy na naszą „Golgotę”. Niesiony przez nas Krzyż zostawiliśmy u stóp Sanktuarium. Wezwanie z Liturgii Wielkiego Piątku: „Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata” z uniesionym wysoko krzyżem EDK, którego wcześniej dotykał każdy uczestnik miało szczególny wydźwięk. Nasza droga krzyżowa dobiegła końca. Nasz trud i cierpienie miało przecież sens.
W klasztorze Ojców Oblatów uczestniczyliśmy w Eucharystii, przeżywanej inaczej, bardziej pokorniej, w duchu wielkiej wdzięczności. To spotkanie z Chrystusem Eucharystycznym śmiało można przyrównać do ewangelicznego spotkania uczniów ze Zmartwychwstałym nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkim (por. J 21).
„Jeszcze nie mogę uwierzyć w to, że dotarłam do klasztoru – mówi Monika. Miałam chwile zwątpienia. Po VI Stacji chciałam zrezygnować. Bolało mnie wszystko, czułam każdy mięsień, wszystkie kręgi. Byłam pewna, że nie dam rady iść dalej. Chciało mi się płakać. A może nawet pociekły mi łzy. Pytałam sama siebie: co ja tutaj robię? Mogłam przecież zostać w ciepłym domu z gorącą herbatą w ręce i słuchać kropli deszczu bijących o parapet. Jednak zaraz potem pojawiły się myśli o cierpieniu Chrystusa, o tym że oddał swoje życie za nas. Zaczęłam się modlić. Przypominać sobie intencje z którymi szłam. I było trochę lżej.”
Wspomnienie Teresy: „Nie liczyłam na siebie, lecz na Chrystusa. Cały czas powtarzałam: Jezu dodaj mi sił! Człowiek sam w sobie jest słaby i zawodny, ale Pan Bóg nigdy nie zawodzi. Dlatego zaufałam Bogu, oddając siebie.”
Marcin: „Zdecydowałem się pójść na EDK, bo chciałem Bogu dać coś ekstra, coś mocnego. Były ciężkie momenty, ból. Ale przecież Chrystus oddał nam się na maksa. Chcąc więc iść tą Drogą, trzeba ciągle podejmować walkę z samym sobą. Pokonywać trudności, które piętrzą się w nas samych. Umieć na wszystko odpowiadać Panu Bogu: tak, pomimo cierpienia, bólu i wszystkich niedogodności. Udało się.”
Oby trud tej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej, spotkanie z Umęczonym i Zmartwychwstałym Panem wydał owoce w naszym przyszłym życiu.
ks. Michał Powęska
